Mont Blanc sierpień 2009

Jak było?

Inaczej niż we własnych wyobrażeniach i inaczej niż w opowieściach innych.

Bo podobno i tak za każdym razem jest inaczej.

Ale poza niesamowitym spotkaniem z lodowcem, posępną chmurą, drabinką i > liną, które okazały się w sumie dosyć przystępne, było to nieporównywalne doświadczenie i poznawanie siebie (i innych!), w takich warunkach, w których nikt nie ma siły zgrywać kogoś innego.

Nigdy wcześniej nie byłam powyżej 2500 m, więc wysokość prawie dwukrotnie wyższa była czymś zupełnie nowym i nieznanym. Najbardziej niezwykłe wspomnienie to pozornie sielankowy obrazek: bezchmurne niebo, słońce odbijające się w śniegu, cudowne widoki z każdej strony… i mącący całą sielankę drętwy oddech, którego starczało na niewiele więcej niż 50 kroków…po czym wreszcie upragniony stop, ciężkie sapanie i chwilowe delektowanie się bezruchem… Jakoś trudno zrozumieć to mozolne drapanie się na garby, za którymi przecież na wyciągnięcie ręki jest już nasz docelowy kopczyk! Jednak chyba dobrze, że tylko w taki sposób dała znać o sobie wysokość ;).Wielka szkoda, że nie udało nam się wejść w komplecie, i radość była przez to jakaś niepełna, ale góry tak chciały…mogłam to równie dobrze być i ja…

Powrót nie miał końca…i akurat ja nie zapomnę strachu i wyczekiwania na pokonanie odcinka Gouter – Tete Rousse, który niemało pary wycisnął z nas przed świtem tego samego dnia. I to chyba właśnie ten strach – przed zsuwaniem się z niekończącej się ściany głazów i przed finałowym starciem z kuluarem “grającym w kręgle” (a kręgle to my) – trzymał mnie w napięciu do samego końca…

I chociaż z każdym dniem wspomnienia ciemniejszych momentów nieco topnieją, to i tak myślę, że Mt Blanc jest w zasięgu prawie każdego – pod jednym tylko warunkiem – że dowodzi tak błyskotliwy górski ekspert jak nasz przewodnik :):). A że wyobrażenia o wchodzeniu na Białą Górę okazały się o wiele czarniejsze od rzeczywistości – tym bardziej trzeba to kiedyś powtórzyć :).

Małgorzata M.