Fragment relacji z wyprawy na Elbrus w 2007

1. 4 dzień „dzień spotkania z Kaukazem”

Któryś już raz wysiadam z jedynego pociągu relacji Kijów – Kisłowodsk kilka minut po piątej na peron dworca w Piatigorsku. Jest wrzesień, więc jeszcze ciemno, tylko nad wyjsciem do miasta świetlny zegar pokazuje 5:09. W dogadanych telefonicznie samochodach łatwo mieszczą się bagaże, dwie Kasie, Bogusia, Grzesiek, Tomek i ja koło kierowcy. Boris ( właściwie Buzdżygit, ale tak łatwiej go zapamiętać wszystkim poza Bałkarią ) opowiada co wydarzyło się od naszego ostatniego spotkania 2 miesiące temu, a będącym tu po raz pierwszy, co chwile zwraca uwagę na mijane osobliwości lub interesujące widoki. Rzeczywiście, w chwilę po wschodzie słońca, daleka panorama gór robi wrażenie. Ośnieżone szczyty, zamykające cały południowy horyzont, jakby pływają nad mgiełkami podnoszącymi się z pobliskich łąk i pól. Na pytania o nazwy, wymieniam tylko kilka masywów, bo i tak jest za wcześnie na szczegóły topograficzne, ale Elbrus poznają wszyscy. Po dwóch godzinach jesteśmy w Nalcziku i wyładowujemy graty na podwórzu „biura” Alpagiera Bezingi. Jest puste miejsce w tylnej części przy palenisku, stołach i zadaszonych narach, wiec na kilka godzin je zajmujemy. Mimo wczesnej pory wymieniamy na pobliskim bazarze pieniądze i kupujemy najpotrzebniejsze „produkty” na śniadanie. No i oczywiście coś do wypicia, bo nasi kierowcy nie mogą się już doczekać, a poza tym twierdzą, że tak nakazuje tradycja. I głośno narzekają, że dziś nie skorzystamy z ich zaproszenia na „żałbaur”, szaszłyki i inne smakołyki przy przygotowaniu których mogliby pochwalić się swoimi umiejętnościami kulinarnymi i gościnnością.

O 14 mamy wyjechać podstawionym „pazikiem”. Przepustki w „pogranzonu” i na przejazd przez zapowiednik już gotowe wiec zostawiamy Tomka do opieki nad bagażami ( a głównie do towarzystwa Borisowi, Rusłanowi i Walerijowi bo po pierwszych powitalnych, dla nich symbolicznych toastach – co to jest w Rosji pół litra na dziewięć osób (???) – mają tylko większą ochotę na rozmowy i konsumpcję ) i idziemy na miasto. Szybko załatwiamy ubezpieczenie, kupujemy brakująca żywność i jest nawet czas na krótkie zwiedzanie. Tomek spisał się dzielnie. Mimo prawie nieznajomości języka opowiedział o sobie i towarzystwie, nie sprzedał żadnej z koleżanek na trzecią żonę i nie zawalił przy spełnianiu toastów. Teraz daje zły przykład młodzieży jadącej na swój pierwszy kurs wspinaczkowy, ale po kąpieli w wodospadach przy drodze wraca do formy i jako pierwszy dostrzega łany trawy rosnące dziko już od punktu kontrolnego pograniczników tuz za wsią Bezingi. Potem ten najciekawszy odcinek w wąskiej dolinie Czereku Bezingijskiego: stoki wyższe od naszych Tatr, spoza których dopiero wyłaniają się pokryte lodowcami skłony i szczyty, przejazdy w bród przez potoki, dziesiątki mniejszych i większych dolin uchodzących do naszej głównej i spieniona rzeka w dole. Wreszcie ogrodzenie bazy a za nim budynki mieszkalne, „stołowaja”, „bania”, punkt Kontrolno-Spasatielnoj Służby i znajomi już pracownicy czekający przy baraku kierownictwa na przyjazd nowych gości. Widoki w popołudniowym słońcu, jak to w Bezingi wspaniałe, więc całe, widzące to pierwszy raz towarzystwo, jeszcze przed zaniesieniem gratów do wyznaczonego pokoju, rzuca się do fotografowania. Dla nich, dziś już tylko kolacja i zwiedzanie terenu bazy, a ja musze jeszcze obejść znajomych (obraza murowana jak bym kogo pominął), wytłumaczyć w buchalterii kiedy będziemy nocować i jakie posiłki jemy na miejscu a co bierzemy na suchy prowiant, oraz dowiedzieć się o warunki w górach i zgłosić nasze jutrzejsze wyjście. 1. 8 dzień wycieczki z Dżangi Kosz

Wczoraj, z przygodami i zmieniającymi się co chwile widokami, przyszliśmy z bazy przez cały Lodowiec Bezingi pod chatkę stojącą na morenie pomiędzy „masywem północnym” z dominującym Dych Tau ( według najnowszych map 5204 m n.p.m.) a ‘Bezingijską Ścianą”. To najwspanialsze chyba widokowo miejsce w całym Kaukazie. Kontrast skalnych, południowych ścian i lodowego ośmiokilometrowego muru pięciotysięczników rozdzielonych spękaną rzeką lodu jest niesamowity. Do tego satysfakcja z kilkugodzinnego marszu wśród szczelin, piargów i skał, a na końcu gorąca herbata przygotowana na powitanie przez kilkuosobową, jeszcze nieznaną grupkę Rosjan nocujących w chatce. Prawdziwe góry i bezinteresowna gościnność ludzi, którzy umieją docenić podobnych im pasjonatów, nawet jeżeli z powodu braku czasu nasze cele są tym razem tylko turystyczne.

Większość mieszkańców chatki jeszcze w półmroku wyszła na długą trasę potrzebną do aklimatyzacji przed zaplanowanymi wspinaczkami i wypełnianiem norm na kolejne alpinistyczne stopnie. My wstajemy o świcie i dopiero wtedy okazuje się, że Kasia K po wczorajszym wysiłku ma bóle nerek i nie może się ruszyć, a Grześ chciałby dla fotografii wyjść jak najwyżej łatwym terenem. Zbieramy się więc w czwórkę z zamiarem raczej potrenowania wspinaczki w lodzie i na lodowcach niż „zdobycia” konkretnego wierzchołka i wyruszamy na Lodowiec Sella. Wybraliśmy niezbyt stromy skłon prowadzący do górnego kotła, ale ze względu na porę roku jest to czysty ( nie pokryty śniegiem, za to szary od wtopionego żwiru ) lód, więc na nachyleniu 45-50 stopni wymaga normalnej asekuracji na wypadek poślizgnięcia czy innej awarii. Kolejne wyciągi pokazują jak szybko można nauczyć się podstawowych operacji liną i sprzętem, a jednocześnie nabrać wprawy czy zaufania w posługiwaniu się czekanem i rakami. Po trzech godzinach dochodzimy na niewielki skalny nunatak pośrodku lodowcowego cyrku. Okazuje się, ze jesteśmy na wysokości około 4300 metrów nad morzami, a widoki rozszerzyły się na wschód i zachód o kolejne doliny i granie. Tomek martwi się o pozostawioną na dole Kasię, wiec mimo przedpołudniowej jeszcze godziny postanawiamy wracać. Ciekawe jak szybko przyzwyczailiśmy się do ciągłej komunikacji i teraz brak łączności przez trzy godziny wywołuje nerwowość zupełnie nie uzasadnioną sytuacją. Przecież Kasia jako jedyna wypoczywa, opala się, fotografuje, no może nudzi się będąc sama, ale na pewno nic jej nie grozi.

Zejście nieco inną, wypatrzoną z góry drogą, to możliwość jeszcze dwugodzinnego treningu w poruszaniu się zespołem po lodowcach i nabierania wprawy w wyszukiwaniu trasy. Krótko po południu chowamy do plecaków sprzęt i po godzinnym lawirowaniu wśród kamiennych zwałów schodzimy do chatki. My, czekając na Grześka, który szczęśliwy widokami wraca godzinę później, przygotowujemy napoje, a dwie młode Rosjanki gotują olbrzymi gar makaronu dla kolegów mających wrócić pod wieczór. Jeszcze nie wiemy, że odlana przed „chiżyną” słona woda zwabi nocą cały kierdel koziorożców przewracających z hukiem kamienie w poszukiwaniu ich przysmaku. Na razie pasą się w okolicy, podchodząc czasem na tyle blisko, że mamy możliwość zrobić im zdjęcia na tle podchodzących z dołu chmur i okalających szczytów. Słońce, wspaniałe widoki, zadowolenie z wycieczki, pogawędki z nowymi znajomymi – słowem idylla górska zmącona tylko świadomością, że jutro musimy wracać, bo dwa tygodnie to naprawdę za krótko by dojechać z Polski i choćby pobieżnie poznać kilka ciekawych miejsc. Wszyscy snują plany na kolejny przyjazd, wejścia na szczyty, zwiedzenie sąsiednich dolin i poznanie nowych interesujących ludzi. Tylko szkoda, że jest tego tak dużo i nie można tu pobyć ze dwa-trzy miesiące.

1. 12 dzień wejście na Elbrus

Przedwczoraj, w jedynym dniu z deszczem przejechaliśmy z Bezingi do wioski Elbrus z krótkim zwiedzaniem Nalczika, zakupem biletów powrotnych i buszowaniem po bazarach w poszukiwaniu egzotyki i pamiątek. Znajomi wiedza o naszym napiętym harmonogramie, ale zapowiedzieli, że pożegnalna imprez musi się odbyć nawet jeżeli nie zdążymy na górę. „Ona stoi i będzie stać, a my możemy się już nie spotkać, więc róbcie co chcecie, ale na wieczór przed wyjazdem jesteście zaproszeni”. Więc nie ma wiele czasu. Wczoraj spenetrowaliśmy bazar przy hotelu Czeget, zgłosiliśmy swoje plany u ratowników, z Terskołu wysłaliśmy widokówki do znajomych i podjechaliśmy kolejkami aż do Garabaszi. Potem tylko półtoragodzinne podejście do pozostałości „Prijut 11″ i wczesnym popołudniem rozbicie namiotów. Są tu już dwie grupy z Polski. Rozbiliśmy się koło nich w obrębie murów spalonego schroniska, bo wieje. Skonstruowaliśmy podesty z suchych desek i mamy komfort. Wcześniej przybyli nawet nie odgarnęli śniegu z tropików i teraz taplają się w kałużach opowiadając z przejęciem tygodniowym biwakowaniu, wiatrach, opadach i ogólnej niemożności. Jutro maja zamiar „atakować szczyt” bo im, mimo że w większości są studentami też kończą się wakacje. Na razie grają w karty, pichcą pojedynczo zupki i kłócą się kto co ma zabrać. Tomek z Grzesiem idą na przechadzkę fotograficzną po okolicy, a ja z dziewczynami gotuję wodę na wieczór i cały jutrzejszy dzień. Co prawda sąsiedzi twierdzą, że ta nabierana z przerębli w nieodległej kałuży jest czysta i piją ją nie przegotowaną, ale ja dobrze znam cały panujący wokół śmietnik i zwyczaje biwakujących, szczególnie gdy dopadnie ich biegunka. W końcu mamy zapas na kolację, śniadanko, herbatę w termosach i napój z tabletek w butelkach. Jeszcze za jasna kładziemy się w śpiworach i umawiamy na budzenie o czwartej. W sąsiednich namiotach licytacje trwają prawie do północy, a wiemy że budziki nastawili na drugą.

Pobudka u sąsiadów. Już nie da się spać. Nerwowe głosy pakujących się (dopiero teraz ???), biegających po wodę ( „cholera, k…. kałuża zamarzła” ) i ubierających pierwszy raz raki. Dopiero po ich wyjściu dzwoni nasz budzik i warto wstawać. W niecałą godzinę wychodzimy w ciemną jeszcze noc. Wczorajsze wycieczki po okolicy, nawet przy czołówkach, pozwalają wybrać najlepszą drogę i szybko zbliżamy się do początkowo bardzo odległych światełek powyżej. Niezbyt silnie ale ciągle wieje i to od zachodu, co oznacza, że do przełęczy między wierzchołkami będziemy iść pod wiatr. Po półtorej godzinie dochodzimy do Skał Pastuchowa. Zaczyna się rozjaśniać, ale na odkrytej grzędzie wieje dość solidnie. Kasia narzeka na marznące nogi i ból nerek. Po przypomnieniu co jeszcze czeka po drodze, postanawiamy rozdzielić się. Kasia C, Bogusia i Grzesiek mają ochotę i siłę iść na szczyt. Kasia K, z Tomkiem i ze mną zejdzie do namiotów. Umawiamy się, że przygotujemy wszystko do zejścia zrobimy jedzenie i czekamy na jak najszybszy powrót z wierzchołka. Wciskamy „idącym szczytować” niepotrzebna nam słodycze i apteczkę, a po żartach aby rozochocone dziewczyny nie zrobiły Grzesiowi krzywdy na wierzchołku, zawracamy w dolinę wśród różowych w tym momencie gór. Kasia wyspała się i wygrzała w stosie śpiworów, w słonecznym namiocie stojącym wreszcie w cichym obozowisku. Tomek fotografuje, ja zachodzę do zagospodarowanego jako „pansjonat Marija” sąsiedniego obiektu. Mogę pogadać z rosyjskimi „gidami”, z których większość narzeka na zachodnich turystów ( tu mieszczą się i Polacy), mających o wiele lepszy sprzęt niż ich ludzie, ale najczęściej zupełnie nie umiejących się nim posługiwać i o doświadczeniach rodem z Gór Świętokrzyskich latem. Niestety, trudno nie przyznać im racji, mając świeżo w pamięci choćby swoich nocnych sąsiadów.

Koło południa zwijamy przeschnięte namioty i zaczynamy pakowanie. Gdy koło drugiej widzimy schodzące koleżanki, gotujemy herbatę i zupy. Niczego więcej nie chcą, mając w perspektywie gorący obiad w którejś z „kafe” na dole. Pod Skałami Pastuchowa widać pierwsze grupki naszych sąsiadów. Zaczynamy zejście, bez żalu że się nie pożegnamy. Chcemy jeszcze dzisiaj dotrzeć do kampingowego domku w przyjaznym ośrodku pionierskim i posiedzieć przy zasłużonym piwie ( w „Sakli” mają Vekopovicky kozel ), a jutro w powrotną drogę do domu.

Zygi