• Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
bannerlogo.jpg

CIEKAWE KSIĄŻKI W PROMOCJI

Fragment relacji z wyprawy na Elbrus w 2007

1. 12 dzień wejście na Elbrus

Przedwczoraj, w jedynym dniu z deszczem przejechaliśmy z Bezingi do wioski Elbrus z krótkim zwiedzaniem Nalczika, zakupem biletów powrotnych i buszowaniem po bazarach w poszukiwaniu egzotyki i pamiątek. Znajomi wiedza o naszym napiętym harmonogramie, ale zapowiedzieli, że pożegnalna imprez musi się odbyć nawet jeżeli nie zdążymy na górę. „Ona stoi i będzie stać, a my możemy się już nie spotkać, więc róbcie co chcecie, ale na wieczór przed wyjazdem jesteście zaproszeni". Więc nie ma wiele czasu. Wczoraj spenetrowaliśmy bazar przy hotelu Czeget, zgłosiliśmy swoje plany u ratowników, z Terskołu wysłaliśmy widokówki do znajomych i podjechaliśmy kolejkami aż do Garabaszi. Potem tylko półtoragodzinne podejście do pozostałości „Prijut 11" i wczesnym popołudniem rozbicie namiotów. Są tu już dwie grupy z Polski. Rozbiliśmy się koło nich w obrębie murów spalonego schroniska, bo wieje. Skonstruowaliśmy podesty z suchych desek i mamy komfort. Wcześniej przybyli nawet nie odgarnęli śniegu z tropików i teraz taplają się w kałużach opowiadając z przejęciem tygodniowym biwakowaniu, wiatrach, opadach i ogólnej niemożności. Jutro maja zamiar „atakować szczyt" bo im, mimo że w większości są studentami też kończą się wakacje. Na razie grają w karty, pichcą pojedynczo zupki i kłócą się kto co ma zabrać. Tomek z Grzesiem idą na przechadzkę fotograficzną po okolicy, a ja z dziewczynami gotuję wodę na wieczór i cały jutrzejszy dzień. Co prawda sąsiedzi twierdzą, że ta nabierana z przerębli w nieodległej kałuży jest czysta i piją ją nie przegotowaną, ale ja dobrze znam cały panujący wokół śmietnik i zwyczaje biwakujących, szczególnie gdy dopadnie ich biegunka. W końcu mamy zapas na kolację, śniadanko, herbatę w termosach i napój z tabletek w butelkach. Jeszcze za jasna kładziemy się w śpiworach i umawiamy na budzenie o czwartej. W sąsiednich namiotach licytacje trwają prawie do północy, a wiemy że budziki nastawili na drugą.

Pobudka u sąsiadów. Już nie da się spać. Nerwowe głosy pakujących się (dopiero teraz ???), biegających po wodę ( „cholera, k.... kałuża zamarzła" ) i ubierających pierwszy raz raki. Dopiero po ich wyjściu dzwoni nasz budzik i warto wstawać. W niecałą godzinę wychodzimy w ciemną jeszcze noc. Wczorajsze wycieczki po okolicy, nawet przy czołówkach, pozwalają wybrać najlepszą drogę i szybko zbliżamy się do początkowo bardzo odległych światełek powyżej. Niezbyt silnie ale ciągle wieje i to od zachodu, co oznacza, że do przełęczy między wierzchołkami będziemy iść pod wiatr. Po półtorej godzinie dochodzimy do Skał Pastuchowa. Zaczyna się rozjaśniać, ale na odkrytej grzędzie wieje dość solidnie. Kasia narzeka na marznące nogi i ból nerek. Po przypomnieniu co jeszcze czeka po drodze, postanawiamy rozdzielić się. Kasia C, Bogusia i Grzesiek mają ochotę i siłę iść na szczyt. Kasia K, z Tomkiem i ze mną zejdzie do namiotów. Umawiamy się, że przygotujemy wszystko do zejścia zrobimy jedzenie i czekamy na jak najszybszy powrót z wierzchołka. Wciskamy „idącym szczytować" niepotrzebna nam słodycze i apteczkę, a po żartach aby rozochocone dziewczyny nie zrobiły Grzesiowi krzywdy na wierzchołku, zawracamy w dolinę wśród różowych w tym momencie gór. Kasia wyspała się i wygrzała w stosie śpiworów, w słonecznym namiocie stojącym wreszcie w cichym obozowisku. Tomek fotografuje, ja zachodzę do zagospodarowanego jako „pansjonat Marija" sąsiedniego obiektu. Mogę pogadać z rosyjskimi „gidami", z których większość narzeka na zachodnich turystów ( tu mieszczą się i Polacy), mających o wiele lepszy sprzęt niż ich ludzie, ale najczęściej zupełnie nie umiejących się nim posługiwać i o doświadczeniach rodem z Gór Świętokrzyskich latem. Niestety, trudno nie przyznać im racji, mając świeżo w pamięci choćby swoich nocnych sąsiadów.

Koło południa zwijamy przeschnięte namioty i zaczynamy pakowanie. Gdy koło drugiej widzimy schodzące koleżanki, gotujemy herbatę i zupy. Niczego więcej nie chcą, mając w perspektywie gorący obiad w którejś z „kafe" na dole. Pod Skałami Pastuchowa widać pierwsze grupki naszych sąsiadów. Zaczynamy zejście, bez żalu że się nie pożegnamy. Chcemy jeszcze dzisiaj dotrzeć do kampingowego domku w przyjaznym ośrodku pionierskim i posiedzieć przy zasłużonym piwie ( w „Sakli" mają Vekopovicky kozel ), a jutro w powrotną drogę do domu.